Kiedy człowiek chce zbudować domek z kart, zaczyna to z wielką motywacją. Wyjmuje ich plik na podłoże i wybiera te, z których chce zbudować ścianki. Zaczyna od podstaw. Na początku nie denerwuje się, że coś mu nie wychodzi. Poprawia to i stawia kolejną kartę obok. Nie wariuje ze złości, bo gdy się zawala nie m tak dużo do tracenia, a właściwie jeszcze nic. A dodatkowo na początku zawsze się udaje - szczęście początkującego. Potem ta "gra" przeskakuje na inny poziom, człowiek buduje drugie piętro. Tam nie ma jeszcze wielu porażek, łatwo je odbudować. I tak ta gra toczy się i toczy. Człowiek buduje coraz to większy swój dobytek, automatycznie również sprawiając, że ma coraz więcej do stracenia. Na końcu pozostaje ułożyć dwie ostatnie karty jako ukończenie tejże wieży, uwieńczenie tego całego sukcesu. Jednej grupie to nie wychodzi, domek zawala się i muszą zaczynać od początku, na ruinach starego. A drugiej grupie udaje się i wtedy nadchodzi ogromna fala euforii. Ale ta grupa dzieli się na kolejne dwie. Domek jednej z nich pozostaje nienaruszony, spokojny. Lecz drugiej, tam wystarczy lekki wietrzyk a budowla zaczyna się powoli rozpadać. Karty spadają, wszystko się sypie. Człowiek nie może nic zrobić, tylko patrzeć jak to co wybudował, upada. I tu nasuwa się pytanie. Czy w obliczu takiego ryzyka opłaca się grać? Trudno odpowiedź, ale jedno jest pewne. Gdy już się zacznie nie można skończyć. A ta gra to po prostu życie, które trzeba przeżyć. Nie da się wybudować tylko jednej wieży, po prostu się nie da. Najważniejsze jest, aby nie poddać ię przy budowaniu kolejnych.
A teraz pojawiam się ja. Arizona Danburry. Zupełnie nie wiem co się dzieje. Wszystko wokół mnie wydaje się inne, obce. Nieznane. Nie mam pojęcia, czy to przeze mnie czy jestem tylko nędzną ofiarą jakiegoś żartu. Przyjaciele zadają dziwne pytania, jakby wiedzieli, że znam odpowiedź, ale jednocześnie starali mi się wmawiać, że jest ona nieprawidłowa. Problem w tym, że nie wiem, o co im chodzi. A chłopak? Oddalił się ode mnie, jakbyśmy cofnęli się do czasów sprzed liceum. Oczywiście, od zawsze wiedziałam, że relacja, która nas łączy zdecydowanie ma bliżej do przyjaźni niż do związku, ale jakoś nigdy to nam zbytnio nie przeszkadzało. Może to już przyzwyczajenie, a może nawet nie wiem jak może być inaczej. Znam ich wszystkich od zawsze, nie mam przed nim prawie w ogóle tajemnic, podczas gdy oni zdają się wiedzieć więcej niż mówią, a jakiekolwiek moje pytania zbywają, zmieniając temat.
Minął tydzień od mojej sprzeczki z Calumem. Niby już popołudniu zachowywał się, jak powiedział, jakby się nic nie stało, ale nadal zadawał te dziwne pytanie i obserwował dosłownie mój każdy ruch. Można, by rzec, że stał się moim cieniem. To jego ciągłe śledzenie mnie stało się irytujące, denerwujące i nie wiadomo co jeszcze. Dzisiaj najwyraźniej posłuchał się moich błagań i, dzięki Bogu, mogę samodzielnie zawędrować do szkoły. Na szkolny korytarz weszłam idealnie z dzwonkiem, który oznajmiał przerwę przed moją, według planu, pierwszą lekcją. Skierowałam się do korytarza, który znajdował się tuż przy wejściu do męskiej szatni. Tam zauważyłam opartego o ścinę, Luke'a, Śmiał się z jakiegoś żartu Caluma, obracając w dłoniach piłkę do kosza. Jego blond włosy były w nieładzie, co mogło świadczyć, o zakończonym niedawno treningu koszykówki. Obrócił głowę w moją stronę, uśmiechnął się i przygryzł kolczyk w wardze. Podbiegłam do niego i rzuciłam mu się na szyję, jednocześnie zrzucając mu z rąk piłkę do kosza.
-Dzień dobry, Hemmings - powiedziałam do niego, schodząc na ziemię.
Zaśmiał się słysząc moje codzienne powitanie.
-Oby dobry, Danburry. Jak się spało? - zapytał podnosząc piłkę.
Zadał to pytanie, znowu.
-Świetnie, jak zwykle. Chociaż mogłabym uskarżyć się na policję patrolującą ulicę, tym ich radiowozem z migającymi światełkami - oparłam, rozbawiona moja wymówką.
Dzisiaj znowu utknęłam w beznadziejnym koszmarze. Tym razem ofiarą był chłopak, dwa lata ode mnie starszy. I ponownie gazety przekazały złe wieści - "Seryjny morderca w Bloodville".
-Muszę lecieć na zajęcia artystyczne, zobaczymy się potem? - spytałam, licząc na szczerą rozmowę na spotkaniu.
Luke spojrzał na Caluma, któremu nagle spodobał się widok mahoniowych drzwi do gabinetu trenera. Zdezorientowany zaczął odbijać piłkę, na co uniosłam zdziwiona brwi. Odmówił już trzy razy, nie mógłby zrobić tego ponownie.
-Nie mogę. Muszę pomóc mamie posprzątać strych. Obiecałem - powiedział patrząc na mnie niepewnie.
-Od jakiegoś czasu, mam wrażenie, że coś ukrywasz - odparłam, na co on roześmiał się głośno.
Kilka osób zerknęło w naszą stronę.
-Oboje mamy sekrety i jak na razie, żadne z nas nie zamierza zacząć mówić, nieprawdaż? - odparł z szelmowskim uśmiechem.
Słysząc to otworzyłam usta ze zdziwienia. To oni od tygodnia napastują mnie z pytaniami nie wiadomo o co. A teraz on, oskarża mnie o jakie sekrety. W dodatku nie dał mi nawet czasu na odpowiedź, tylko poszedł z Calumem do męskiej szatni, aby przebrać się w sportowy stój przed wychowaniem fizycznym.
Zdziwiona zbliżyłam się do drzwi owego pomieszczenia, które pozostały lekko uchylone. Ignorując ciekawskie spojrzenia, pozostałam tam przez chwilę przysłuchując się rozmowie dwóch osób, które ostatnio mogły skryć coś przede mną.
-Ona coś zaczyna podejrzewać - powiedział Luke, uderzając drzwiami od szafki.
-Ona, po pierwsze, nie mówi nam o snach, a po drugie, to dobrze, że zaczyna węszyć, kiedy on wróci, łatwiej nam uwierzy - odparł zdenerwowany Calum.
-On już wrócił, nie rozumiesz? Wypełniliśmy swoją część umowy. Pozostała bezpieczna i nieświadoma. Teraz wystarczy poruszyć niektóre trybiki w jej głowie, a Arizona da nam wskazówki. I wtedy rozpocznie się prawdziwa walka. A do tego czasu powinniśmy nadal ja chronić, biorąc pod uwagę, że oni tu przybyli - dodał Luke ściszając głos tak, że prawie nie mogłam dosłyszeć, co mówił.
-Mam nadzieję, że Irwin naprawi to, co popsuł.
Zszokowana odsunęłam się od drzwi. Wieża z kart zaczyna się sypać. Zdecydowanie zbyt dużo wiadomości na raz. Kim jest Irwin? I o jaką umowę im chodzi? I co najważniejsze jest, kim są "oni"? Najwyraźniej kłamali już przez dłuższy czas, pracowali dla jakiegoś nieznajomego. Jak ja im zaufałam? Dlaczego Luke wspomniał coś o walce. Kto w dzisiejszych czasach miałby walczyć?
Zdezorientowana biegłam w stronę klasy, w której miałam zajęcia. Chciałam chociaż wskazówki, to ją dostałam. Jeszcze tylko dwa zakręty i będę na miejscu. Niestety, około dziesięć metrów przed salą wpadłam na jakiegoś chłopaka. Wyjąkałam ciche "przepraszam" i udałam się w stronę drzwi. Tuż przed wejściem do sali usłyszałam głos.
Już niedługo dowiesz się wszystkiego, łosiu.