Spadam.
To uczucie mnie obezwładnia.
Paraliżuje.
Nie mogę nic zrobić, tylko
spadam. Nie widzę nic.
Tylko ciemność.
Nagle zatrzymuje się i powoli
opadam. Kiedy wyczuwam podłoże pod moim ciałem wstaje. Początkowo dokuczają mi
zawroty głowy oraz mroczki przed oczami, które stopniowo zanikają. Jest mi
zimno, wręcz cała drżę. Dopiero teraz zauważam, gdzie jestem. Ze wszystkich
stron otaczają mnie drzewa. Myślę, że to dęby. Na północ, pomiędzy ich pieniami,
znajdują się ledwo dostrzegalne światła, zapewne pochodzące z miasta. Pomiędzy
dębami rośnie konwalia. Małe, białe kwiatostany kołyszą się na wietrze, niby aniołki
szybujące w powietrzu.
Po chwili uświadamiam sobie, że
znam to miejsce. To las niedaleko przedmieść Bloodville, miasta, w którym
mieszkam. Kiedy byłam mała często odwiedzałam to miejsce. Bujałam się na
huśtawce wykonanej ze starej opony. Zauważam ją, tylko, że jedna z lin
utrzymujących ją, została urwana. Obok leży mały, pluszowy miś. Nie posiada jednego
oka, ani prawej nogi, a z jego brzuszka wylatuje wata, niczym życie, które
uleciało z tego miejsca.
Trzask.
Od strony pustkowia znajdującego
się za miastem, ktoś nadchodzi. Powoli zaczynam dostrzegać kontury, które
wyostrzają się w wyraźny kształt człowieka. Jest to dziewczynka, niska. Prawdopodobnie
niedawno zaczęła uczęszczać do szkoły. Włosy ma zaplecione w dwa warkoczyki,
związane różową wstążeczką. Nosi niebieską sukienkę, która jest udekorowana
białą koronką. Na nóżkach ma niebieskie trzewiczki, pod którymi są białe
skarpetki sięgające za kostkę. Ma prześliczne, zielone oczy, a jej usta i
policzki słodko różowe. Jest przestraszona i zagubiona, jakby nie wiedziała co
tutaj robi. Nie mogę uwierzyć, że taka mała dziewczynka przyszła tu o tej porze.
Lecz przeczucie podpowiada mi, że przybyła tu po misia. Małego, pluszowego
misia. Kieruje się w moją stronę. Zaczynam mówić, żeby wracała do domu, że nie może
być o tej porze poza nim. Ona mnie słucha, nawet nie pokazuje nic, co
wskazywałoby na to, że mnie usłyszała. Podbiegam do niej i próbuje ją zawrócić,
biorąc ją za ramiona i obracając. Nieudolnie. Spostrzegam, że moje ręce
przelatują przez nią jak przez mleko. A ona po chwili przechodzi, dosłownie, przeze
mnie. Nie obok, nie nad, przeze mnie. To straszne, ale po tym dostrzegam, że to
sen. Nie zdarzyło się to raz, już kilkakrotnie, występowałam w nich jako „duch”
– idealny obserwator. Przerażona zaczynam uświadamiać sobie co się stanie.
Dziewczynka podchodzi do małego,
pluszowego misia. Schyla się, a jej drżące rączki podnoszą go. Słyszę jej
rozpaczliwy jęk, a kawałki waty opadają na ziemię. Odwraca się. Łza spływa po
jej policzku, którą wyciera rękawem błękitnej sukienki. Stawia jeden krok w
stronę, z której przyszła.
Świst.
Z jej brzucha wystaje grot
strzały, który mieni się w świetle księżyca w pełni. Dziewczynka wydaje głuchy
jęk, po czym upada na kolana. Czerwona plama krwi ukazuje się na jej sukience,
powoli powiększa się, aż materiał przesiąkł i wolnymi strumieniami leci na
ziemię. Malutka płacze, trzymając w zaciśniętych rączkach małego, pluszowego
misia. Łzy spadają na jej błękitną sukienkę, namaczając materiał.
Nagle z drzewa zeskakuje
zamaskowana postać z łukiem w ręku i kołczanem na plecach. Jest cała ubrana na
czarno, co potęguje jej tajemniczość. Spod kaptura nie mogę nic dojrzeć, ze
względu na panujące tu ciemności. Wspomniana postać wyjmuje spod kurtki, mały
nóż. Światło księżyca odbija się od niego i świeci, podobnie jak grot strzały.
Postać bierze zamach i po chwili ręka, w której trzymał nóż ląduje w plecach dziewczynki.
Okolicę przedziera jej przeraźliwy krzyk. Nie mogę na to patrzeć, ale nie
potrafię wykonać jakiegokolwiek ruchu. Oprawca celuje znowu i znowu i znowu, aż
jej zmasakrowane ciało upada na ziemię. Czarna postać śmieje się, po czym kopie
swoja ofiarę.
Nie mogę uwierzyć, że coś
takiego się stało. Lecz uświadamiam sobie, że to tylko sen. Koszmar, z którego
za chwilę się obudzę.
Przerażona spoglądam na ciało
dziewczynki, które wręcz tonie we krwi. Nadal ściska bladymi rączkami małego,
pluszowego misia, a konwalie, niby aniołki, tańczą. Zamykam jej rozszerzone z
bólu zielone oczka.
….
Budzę
się wstrząśnięta moim snem. Calum wykrzykuje coś o tym, żebym się spieszyła, bo inaczej
mnie nie zawiezie, ale ja przyglądam się plamom krwi na mojej piżamie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz